Gruzja
1396
O Gruzji długo by pisać… Mała ale wariat, można by rzec. A przynajmniej tak było jeszcze wówczas, w 2012.
W miesiąc objechaliśmy z Pawłem prawie cały kraj, głównie stopem, ale też marszrutkami, pociągami i piechotą.
Jak wszyscy wiemy – łatwo pojechać, trudniej opisać. Długo więc zastanawiałem się co mądrego mógłbym przekazać potomnym, ale ostatecznie uznałem, że pamiętniczek sklejony z wiadomości wysyłanych do rodziny w trakcie wyjazdu (no, niech będzie, że poddanych delikatnej cenzurze) najskuteczniej oszczędzi mi pisania, bo wystarczy, że zrobię kopiuj-wklej.
W trakcie naszej podróży udało nam się wpleść dwie wycieczki w góry, których zbiorczy opis znajduje się tutaj: Kazbek i Swanetia 2012.
***
25.08.2012
Zostajemy jeszcze do jutra u Iriny, z powodu ukraińskiego koniaku od litewskich Rosjan, gruzińskiego wina i Natakhtari. Tbilisi nocą jest niesamowite. Jutro już nieodwołalnie do Kazbegi – miejmy nadzieję, że pierwszą marszrutką, o 9. Póki co sączymy piwo z Amerykańcem, który uciekł ze stanów, bo to policyjne państwo i z Niemcem bez obywatelstwa, który z kolei wyniósł się z Niemiec, żeby nie płacić podatków, alimentów i kary za jazdę z 2,6 promila, i dyskutujemy o holokauście, Chińczykach, Bin Ladenie i Angeli Merkel. Okazuje się, że do otworzenia wina bez korkociągu, potrzeba aż 3 Gruzinów, 2 Polaków, noża, scyzoryka, śrubokrętu i krawężnika. Gruzińskie wino ponadto prostuje polskie korkociągi, a gruzińska organizacja ruchu drogowego to poezja. Polacy zrobili tu niezły najazd. Codziennie rano w kuchni: „- Where are you from? – Poland. – A, to cześć.” Także, musimy ukryć się w Himalajach – tam nas nie znajdą. Zresztą tu nie da się wytrzymać, bo jest codziennie ze 40 stopni, a na słońcu podobno czasem i 50. Paweł z tego wszystkiego zaczął gadać przez sen po rusku. Chociaż mogło się to wziąć też z tego jak spadł z piętrowego łóżka głową na stołek, a resztą siebie na podłogę i Niemca. Ale tego się nigdy nie dowiemy, bo ja, Niemiec i ruska Litwinka spaliśmy, ruski Litwin puszczał głośne bąki, a poza nami był tam jeszcze tylko Paweł, więc nie ma nikogo, kto mógłby to pamiętać.
Korzyść z tego przynajmniej taka, że może zaczniemy się po ichniejszemu porozumiewać. Okazało się też, że ruskiego nie można się nauczyć, ale za to żeby mówić po rusku, wystarczy wypić odpowiednią ilość alkoholu. To wyjaśnia wiele tamtejszych zjawisk. Właśnie przyjąłem rezerwację na dzisiejszą noc od jakichś Anglików, tłumacząc z angielskiego na polski Gruzince, która mówi po rusku, a później tłumacząc ruski z polskiego na angielski. Miało to pewne słabe punkty, ale miejmy nadzieje, że będą mieli gdzie spać.
Pocztówka z Gruzji;)
***
8.09.2012
Znów jesteśmy u Iriny. Objechaliśmy ostatnio kawałek Gruzji. W Batumi noc spędziliśmy w kiblu, do Khulo zawiozła nas Marszrutka, po czym na dłuższy czas rozstaliśmy się z asfaltem, aczkolwiek nie wymagało to schodzenia z głównej drogi. Silniki Gruzińskich ciężarówek chłodzi się wodą z przydrożnego źródełka. Ale to tylko wtedy gdy zaczną dymić. Normalnie się nie chłodzi. Nie chłodzi się nawet wtedy, gdy Paweł, który jedzie na środkowym miejscu, zrobi minę srającego kota i zacznie nerwowo podskakiwać, a następnie próbować wejść mi na kolana, bo siedzenie parzy go w dupę żywym ogniem.
Na przełęczy Goederdzi nie starczyło nam sił na odkrzykiwanie wszystkim witającym nas ze wszystkich stron dzieciom. Później spotkaliśmy Maxa. Hungry Maxa. 5km później wreszcie przejeżdżał jakiś samochód, którym na pace dostaliśmy się aż do Benary, zaznając po drodze nieco wiatru we włosach. Nocą dotarliśmy do Akhaltsikhe, gdzie okazało się, że nie ma nic śmieszniejszego niż rozmowa z aptekarką. W Vardzii spędziliśmy miło czas z dwoma Holendrami, łapiąc razem stopa do Akhaltsikhe, bo do najbliższej marszrutki było 1,5h. Minęło kilka piw, zanim wreszcie przejechał jakiś samochód, przy czym okazał się on być naszą marszrutką.
W Khashuri miły kierowca wysadził nas w centrum pod parkiem, który byłby idealnym miejscem do rozbicia namiotu, gdyby nie to, że o 21 w dalszym ciągu było tam dwie osoby na metr kwadratowy, z czego większość to dzieci. Na szczęście, dwa piwa później spotkaliśmy Goche, którego żona, jak się niebawem okazało, doskonale gotuje, a sąsiadka pięknie śpiewa i gra na chonguri. Marija robi domową wódkę, która ma z 70% a Zija wypija kufel piwa w jednym podejściu. Wódka na śniadanie, zagryziona piwem gwarantuje udany dzień, szczególnie w połączeniu z drugim śniadaniem w postaci pysznego domowego khinkali.
Dwóch Gruzińskich gangsterów zabrało nas w stronę Sachkhere, po czym pojechali w przeciwnym kierunku, ale na szczęście ostatecznie dowieźli nas żywych na miejsce. W Chiaturze, Katshi i Zestaponi nie zdarzyło się w sumie nic szczególnego, ale i tak było fajnie. Gori nawet pasuje wizerunkowo do Stalina. W lasku pod Uplistsikhe jest strasznie dużo mrówek i niewiele mniej psów, ale gorszy okazał się fakt, że w namiocie wyrosły nam prawdziwki. Dodawszy do tego dziurę, która powstała po brawurowym skoku potężnego kaukaza w Kazbegi i kilka pomniejszych urwanych elementów, namiot znalazł się w stanie nieco schyłkowym. Taksówka z Gori do Tbilisi za 5 GEL od osoby była całkiem niezłą okazją, dzięki czemu szybko znaleźliśmy się z powrotem u Iriny, skąd nadajemy. Nie dostaliśmy biletów na wczoraj ani dziś na pociąg do Zugdidi, więc jedziemy dopiero jutro w nocy. Teraz jedziemy do Kahetii. Wracamy jutro, co pewnie nie będzie łatwe, biorąc pod uwagę, że to ojczyzna wina.
***
10.09.2012
Właśnie wróciliśmy z Sighnagi, gdzie zaznalismy nieco folkloru i najlepszego gruzińskiego wina z samych jego korzeni. Kahetia jest niesamowita. W życiu nie jadłem takich winogron. W dodatku rosną wszędzie – przy ulicy, w parku, można iść i jeść. A wino – poezja… Zresztą w całej Gruzji jest od groma winogron. Tu w Tbilisi też wystawiamy rękę za okno i wcinamy. Ale te Kahetyjskie są nie do pobicia! W Sighnagi oprócz picia zimnego domowego wina, prosto z beczki, piliśmy też domowe wino z plastikowej butelki i graliśmy w zośkę małą dziewczynką. Spaliśmy na dywanie u Nadira, który rano okazał się świadkiem jehowy, szybko się poruszał i niósł jakieś książeczki. U Nadira w domu jest bardziej mokro niż na dworze, a komarów na metr kwadratowy przypadało więcej niż ludzi i karaluchów, co nie było takie łatwe, bo w jednym pokoju, na dwóch łóżkach i dywanie spaliśmy my dwaj, Nadir, Dina, Rosjanka i pies. Madonna na szczęście poszła spać gdzie indziej, a brat Nadira, którym okazał się być Dustin Hoffman zajął pozostały pokój, z którego co jakiś czas wychodził, machał i chował się z powrotem. Pocieszeniem było, że z balkonu Nadira widać Kvareli i góry Kaukazu 50 km dalej, a na północny zachód panorama sięga jeszcze dalej. Koniec końców Nadir to przemiły facet, który bez wahania dzielił się wszystkim co miał, w tym wspaniałą romantyczną kolacją, na balkonie, pod gwiazdami. Teraz idziemy odespać noc, a później pakujemy się i jedziemy do Svanetii. O 23 mamy pociąg do Zugdidi.
Właśnie otworzyłem maila od promotora i dowiedziałem się, że muszę obronić magisterkę do końca września, co znaczy, że za 5 dni muszę oddać gotową pracę. Już połowa jest napisana, 5 dni to całkiem dużo, może ktoś ma ochotę ją dokończyć?:) Dziki kraj tam u was w Polsce…:]
