Kazbek i Svanetia 2012

1580
Widok na Mestię i góry Swaneckie

W trakcie podróży do Gruzji nie sposób było nie zajrzeć również w góry. Wybraliśmy się więc najpierw na wycieczkę na Kazbek, a później na kilka dni w góry w okolicach Mestii.

W drodze na Kazbek, do naszej dwójki najpierw dołączyła barania czacha, a następnie sukcesywnie przyłączały się kolejne psy – pokaźne kaukazy, których ulubionym zajęciem były skoki na rozłożony namiot i gryzienie górskich butów. Później spotkaliśmy Paulinę, Łukasza i Mariusza, z którymi przemiło spędziliśmy czas przy Meteostancji i wspólnie wybraliśmy się na szczyt. Na sam wierzchołek nie dotarliśmy, ze względu na wiatr, który wiał tego dnia powyżej 100 km/h, i na wysokości ok 4700 m postanowiliśmy wracać.

 

Jakiś czas później odwiedziliśmy Svanetię.
Każda poważna wyprawa, a szczególnie wyprawa w dzikie i wysokie góry, wymaga mnóstwa przemyślanych decyzji i wielu żmudnych przygotowań. Nie inaczej było w tym przypadku.

***

Po pierwsze – dobór stosownego celu i zaufanego zespołu

Wytoczywszy się z marszrutki w centrum Mestii, wpadliśmy na trójkę sympatycznych Czechów, którzy tak jak my wybierali się na przechadzkę gdzieś w góry, i podobnie jak my nie mieli zielonego pojęcia gdzie. Skoro łączył nas wspólny cel, postanowiliśmy wykorzystać nadarzającą się okazję i zorganizować tę niebezpieczną ekspedycję wspólnie. Obóz pierwszy założyliśmy w pobliskim barze, gdzie zamówiliśmy 5 kufli zimnego piwa i rozpoczęliśmy intensywne przygotowania do dalszych etapów drogi. Ponieważ była nas zaledwie piątka, nie zajęło dużo czasu ustalenie, że nie ma wśród nas nikogo potencjalnie odpowiedzialnego za posiadanie mapy. Nie zraziło nas to jednak ani trochę, wszak góry jakie są każdy widzi, wylosowaliśmy bliżej nieokreślony kierunek świata rzucając kompasem i ruszyliśmy przed siebie, nieświadomi, że zmierzamy w stronę zielonej ruskiej granicy.
Wciąż brakowało nam jeszcze tylko kierownika wyprawy. Sprawa wkrótce miała jednak rozwiązać się sama, bo jeszcze nim zdążyliśmy opuścić Mestię zorientowaliśmy się, że naszym tropem podąża wielki, kudłaty kaukaz o wyjątkowo poczciwym wyrazie mordy. Funkcja kierownika należała mu się tym bardziej zważywszy na fakt, że jako jedyny z nas wszystkich jako tako orientował się w okolicznym terenie. Jego prawdziwego imienia nigdy nie poznaliśmy, ale zgodnie ustaliliśmy, że najprawdopodobniej było to tradycyjne Gruzińskie Humphrey. U kresu pierwszego dnia zaszliśmy na malownicze hale ponad Mestią, gdzie rozbiliśmy obóz drugi z doborowym widokiem na Ushbę, góry Swaneckie a także Drogę Mleczną, i do późnych godzin, przy dogasającym ognisku omawialiśmy szczegóły unii polsko-czeskiej.

***

Po drugie – przygotowanie logistyczne i odpowiedni ekwipunek

Najpierw okazało się, że Paweł nie zabrał ze sobą ani jednej sztuki bielizny. Następnie, pechowo, już pierwszego dnia, jeszcze na obrzeżach Mestii, rozwiązał mu się but. Paweł schylił się więc, aby owy krnąbrny but zawiązać, wyprężając się w kierunku przeciwnym do azymutu, ale zrobił to nieco niefortunnie i jego napięte spodnie najpierw ostrzegawczo zatrzeszczały, a następnie z hukiem pękły, pozostawiając Pawła z gołą dupą na środku drogi. Od tej pory Paweł maszerował w ocieplanych narciarskich portkach, ze szczelną przeciwdeszczową membraną i grubą polarową podszewką, w 40-stopniowym upale, bo dodatkowej pary krótkich spodenek oczywiście nikt z nas nie posiadał.

***

Po trzecie – wspólne działanie i nierozłączny zespół

Wreszcie, drugiego dnia, gdy temperatura jeszcze wzrosła, Paweł stwierdził, że ma to w dupie, dłużej tego nie będzie znosił i zawrócił do Mestii. Ku naszej rozpaczy jego śladem podążył Humphrey. Zespół nie dość, że osłabiony brakiem Pawła, to na dodatek porzucony przez kierownika, skazany był na porażkę.

I tak też się stało. Niebawem czeska trójka, prawdopodobnie w wyniku obłędu spowodowanego olbrzymią wysokością i bardzo ograniczoną ilością tlenu, rozbiła namiot w polu wyschniętego wrotyczu, który później nocą przebijał przez podłogę i kłuł ich w tyłki. Ja zaś zostałem sam i w tym doborowym towarzystwie podążyłem dalej, aby następnie spędzić kolejne 2 dni, grając nocami smutne melodie na połamanym ukulele, w stronę samotnej jak ja Ushby.

***

Po czwarte – wybór najodpowiedniejszej drogi

Wdrapanie się na górę wymagało wielu trudów, ran, potu i znoju. Przedzieraliśmy się najpierw przez dziki, gęsty las, maszerowaliśmy przez rwący potok, pokonywaliśmy gęste zarośla, wspinaliśmy się po śliskich, niemal pionowych trawiastych zboczach, aż wreszcie, już samotnie, wypacałem resztki sił na stromych, obsuwających się piargach. Zajęło to w sumie 2 dni intensywnego marszu, w jakże niegościnnym terenie. Wreszcie poczułem się gotów, aby stawić czoła tym niebezpieczeństwom ponownie – przyszedł czas wracać. Ruszyłem więc dziarsko przed siebie lecz nie uszedłszy daleko, niespodziewanie natrafiłem na… Ścieżkę. Po grób będę twierdził, że dwa dni wcześniej, bez cienia wątpliwości jeszcze jej tam nie było. Nie mogąc jednak opanować wrodzonego instynktu odkrywcy, podążyłem jej śladem, aby przekonać się gdzie też mnie doprowadzi. Zdziwienie było tylko jednym z wielu towarzyszących mi uczuć, gdy 2 godziny później, u końca owej wygodnej i szerokiej ścieżki znalazłem się w centrum Mestii.

Tak oto zakończyła się wiekopomna wyprawa, którą polsko-czescy zdobywcy po wsze czasy wpisali się w historię podboju niedostępnych kaukaskich szczytów, a ich odwagę i męstwo po dziś dzień głoszą ludowe pieśni, które najstarsi swaneccy górale nucą cicho ciemną nocą przy ognisku, w którym dogasa chonguri, przygrywając sobie radośnie na ukulele.

 

chonguri vs ukulele