W indyjskim Aśramie

1104
W aśramie

***

„Nie mamy gdzie Was przenocować, przyjechało dużo osób” – powiedział z zakłopotanym wyrazem twarzy kapłan, a następnie dodał z nutką dumy: „Pojutrze przyjeżdża Rahul Gandhi”.

Ubrany w długie dhoti, z wyraźną łysiną na głowie i okularami spuszczonymi na czubek nosa, przypominał trochę samego Gandhiji, który w tym właśnie miejscu spędził jedne ze swoich najważniejszych lat. Mówił cichym i spokojnym głosem, zawsze z dużą powagą.

Na jakiś czas zostaliśmy sami. Zdjęliśmy plecaki i usiedliśmy na podeście najbliższej nivas. Ze środka wyszła starsza kobieta, w skromnej białej sari. Usiadła obok i uśmiechnęła się życzliwie. Dookoła panowała cisza i spokój. W ostatnim czasie zdążyliśmy od nich odwyknąć, i może dlatego teraz tym bardziej zdawały się kojące.

Wkrótce kapłan powrócił i nakazał iść za sobą. Zaprowadził nas do jednej z nivas i wskazał pokój: „Tutaj będziecie spali. Modlitwy są o 20 wieczorem i 4:45 rano. Za godzinę przyjdźcie do kuchni na posiłek”. Był to skromny pokój z glinianymi ścianami, kamienno-betonową podłogą i nieco dziurawym słomianym zadaszeniem, wspartym na drewnianych dźwigarach. Drewniane prycze przykryte były moskitierami. W pomieszczeniu znajdowała się toaleta, z doprowadzoną do wnętrza wodą, wyposażona w sedes i metalowy kran. Do mycia używaliśmy blaszanego wiadra.

Posiłek był prosty i raczej skromny. Smakował zupełnie inaczej niż wszystko co dotychczas jedliśmy w Indiach. Usiedliśmy na podłodze w kuchennej chatce, wraz z kilkunastoma mieszkańcami aśramu. Wszyscy dostaliśmy po blaszanej misce, którą postawiliśmy przed sobą na podłodze, a jedna z kobiet przeszła z garnkiem wzdłuż sali, nakładając każdemu po łyżce potrawy. Po skończonym posiłku mężczyzna wskazał nam miejsce na zewnątrz, gdzie mogliśmy umyć naczynia i ręce.

Na modlitwy przychodziło zwykle 10-20 osób. Wszyscy siadaliśmy na ziemi, przodem do wielkiego figowca, stojącego na środku placu. W świetle naftowej lampy, przy dźwiękach sitara odczytywaliśmy księgę i śpiewaliśmy pieśni.

Pogoda była zmienna. Właśnie kończył się monsun, więc było nieznośnie gorąco i duszno, przy dodatkowo dużej wilgoci i regularnie przechodzących niespodziewanych ulewach. Z komarami trzeba było się pogodzić, bo nawet w łóżku pod moskitierą nie dało się ich uniknąć.

Nocami trudno było spać przez wysoką temperaturę i wilgoć, więc spaliśmy na zewnątrz, lub po prostu tam siedzieliśmy. Po 4 nad ranem szliśmy na plac modlitw i dopiero po powrocie był najlepszy moment, żeby odrobinę odespać w łóżkach.

W Aśramie spędziliśmy kolejnych kilka dni.

***

Pociąg do Margao szczęśliwie nie był zatłoczony. Pewnie w głównej mierze dzięki temu, że kupiliśmy bilety na wyższą klasę. Położyłem się na swoim miejscu zadowolony, że wykorzystam tą 20-godzinną podróż i trochę odeśpię. Rzuciłem okiem na ścianę wagonu. Z jakiegoś załamania wylazł karaluch. Zanim go dopadłem zdążył schować się za siedziskiem. Po chwili z tego samego miejsca wyszedł następny. Później kolejny. Już się domyślałem co to zwiastuje. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie coś się ruszało. W miarę podróży niestety insektów tylko przybywało.