Tatry, styczeń 2014

1374
Jagiełło-Roj, Kazalnica Cubryńska

Jagiełło-Roj (V) na Kazalnicy Cubryńskiej.

Ile to razy słyszałem opowieści o pełnych przygód powrotach z tej drogi. To jedna z tych wspinaczek, w kontekście których dyskusja o powrocie zwykle jest dłuższa i bardziej interesująca niż o samej drodze.

Gdy tylko jakiś zespół się tam wybierał, starsi koledzy podśmiewali się, przebąkując pod nosem coś o zjazdach w linii Momy. I o tym, żeby na zjazdy lepiej zostawić sobie więcej czasu niż na samo wspinanie. Ale nikt nie umiał mi do końca wytłumaczyć dlaczego. „Sami zobaczycie”, mówili z szyderczym uśmiechem, a ja ciągle nie mogłem pojąć skąd ta legenda. W końcu zjazdy to zjazdy – cóż w nich może być tak skomplikowanego? I byłem pewien, że udowodnię wszystkim, że nie ma nic prostszego w świecie. Aż pewnego dnia sam dołączyłem do tych uśmiechających się pod nosem…

 

W naszym przypadku wyglądało to mniej więcej tak:

***

Pierwszy zjazd, wzdłuż szerokiego zachodu, poszedł gładko. Mała to chwała, bo w zasadzie w tym terenie można równie dobrze zejść zamiast zjeżdżać.

W drugi zjazd, już pionowo w ścianę, pewny swego, śmignąłem jako pierwszy. Wiedziałem, że stanowisko ma być „nieco schowane” i ani myślałem dać się wpuścić w maliny. Jechałem więc sobie pomału, pogwizdując pod nosem, z jedną ręką w kieszeni, drugą w nosie, a trzecią drapiąc się w tyłek, z wymalowanym na twarzy triumfalnym uśmiechem słodkiego zwycięstwa nad wszystkimi tymi, którzy nie wiadomo czemu wieścili tu jakieś kłopoty. Starałem się ominąć z lewej strony przewieszkę, do której właśnie się zbliżałem i choć po stanowisku nie było śladu, wszystko zdawało się iść zupełnie gładko. Aż tu niespodziewanie, jakaś bliżej nieokreślona lecz potężna, z pewnością pozaziemska siła, subtelnie szturchnęła mnie w prawo, burząc całą tę kruchą równowagę i wnet wahadło porwało mnie niczym tango. Świat na chwilę zawirował, kilka razy odbiłem się od ściany, wykonałem parę piruetów, a następnie zawisnąłem w przestrzeni, rozpaczliwie wymachując rękami i nogami w bezskutecznym poszukiwaniu jakiegokolwiek kontaktu z Matką Ziemią. Kiedy wreszcie odważyłem się otworzyć oczy i ustaliłem którędy do grawitacji, przez jakiś czas podziwiałem zaskakujące okoliczności, w których jakże niespodziewanie się znalazłem. I tak, w dole, pod zawieszonymi w pustce nogami zobaczyłem całą masę powietrza, a dalej ścianę Kazalnicy Cubryńskiej, aż po podstawę. Kilka metrów nade mną wznosiła się przewieszka, która to stała się przyczyną mojego zawieszenia, a przy tym zasłaniała wszystko co znajdowało się powyżej. Obok siebie zaś, ale nie przesadnie blisko, tak w odległości jakichś 2-3 metrów, schowane pod ową przewieszką – odnalazłem stanowisko. Wisiałem więc tak sobie zadumany, 2 metry od ściany, wśród błogiej górskiej ciszy, łagodny wiatr obracał mną bezwładnie to w tę to we w tę, a z góry raz po raz dobiegało mnie zniecierpliwione: „Kamil, kurwa, długo jeszcze?!”. Zabawne, że dźwięk działał tylko w jedną stronę i ja słyszałem Jacka doskonale, ale niestety on mnie ani trochę.

Próbowałem wielu cyrkowych akrobacji, w tym wymachów rękami, nogami, a nawet rękami i nogami jednocześnie, a jednak daremne te wysiłki nijak nie przybliżyły mnie do stanowiska. Ostatecznie postanowiłem zaryzykować i zjechałem jeszcze z 10 metrów w dół, by tam wreszcie dohuśtać się do ściany, a następnie wspiąć się z powrotem do góry. A gdy tak się wspinałem, jedna myśl nie dawała mi spokoju, a przy tym na powrót przydawała animuszu:
„Kurde, łoję Momę!”

***

Kolejny zjazd wziął na siebie Jacek i na dłuższy czas słuch po nim zaginął. Gdy wreszcie na linie poczułem nieco luzu i ruszyłem za nim, wtedy nagle powietrze rozdarło złowrogie:

„Nie jedź tutaj!!!”

„Zdrowaśmario!”, wykrzyknąłem przerażony i począłem niespokojnie przebierać nogami po ścianie, próbując zawrócić.

Strach myśleć co stałoby się dalej, lecz szczęśliwie Jacek po chwili uzupełnił: „Jedź w prawo!”. Nie zdołało to jednak zatrzeć złego pierwszego wrażenia i wciąż bardzo chciałem uniknąć, najwyraźniej marnego losu Jacka. Jednak lina pode mną zaklinowana była na tyle sposobów, że nie miałem wielkiego wpływu na to gdzie jechałem. Zmuszony byłem podążać jej śladem – wprost ku nieuniknionemu, choć zygzakiem.

Wreszcie wylądowałem na wielkiej póle, na której spodziewałem się znaleźć Jacka lub śmierć, ale odnalazłem tylko samotną limbę. Po jakimś czasie Jacek na szczęście się odnalazł, choć bez jednej dziaby, zegarka, nieco potłuczony i jakkolwiek mniej więcej na mojej wysokości, to jednak kilkanaście metrów ode mnie.

Jak się okazało, w trakcie zjazdu zaliczył ze 30-metrowe wahadło i wylądował na tejże póle, ale niestety daleko od właściwego stanowiska. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale fakt, że Jacek zwiedził wszerz pół ściany, poznając dogłębnie jej topografię, miał nam się jeszcze przydać. W międzyczasie zastała nas noc. Nie muszę chyba dodawać, że lina oczywiście nie dała się ściągnąć. Próbowałem z pół godziny, ale ta ani drgnęła. Nie pozostało więc nic, jak tylko zapiąć prusy i dymać z powrotem w górę. To jednak również okazało się być niełatwym zadaniem, gdyż lina nad nami była poplątana niczym choinkowe lampki – do tego stopnia, że pierwszy fragment trzeba było wyjść po niej niemal w poziomie. Po kolejnych 30 minutach walki z liną, doszedłem do wniosku, że nim wyjdę na górę, pomrzemy tu z głodu.

Wtedy Jacek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Chwycił koniec liny, i począł wściekle nią szarpać, aż wreszcie uwiesił się na jej końcu i niczym tarzan zniknął za kantem ściany. Cierpiałem tam katusze, martwiąc się o nieprzyasekurowanego Jacka, zwisającego samotnie na linie gdzieś tam w ciemnościach, lecz niewiele mogłem zrobić. Wreszcie, po kolejnych kilku kwadransach, z góry dobiegł mnie charakterystyczny świst powietrza, a po chwili, już nieco bardziej z dołu zawtórowała mu wiązka triumfalnych przekleństw i wreszcie zza kantu wynurzył się sam Jacek, bohatersko ciągnąc za sobą oswobodzony sznur.

Na szczęście dwa ostatnie zjazdy poszły nam już nieco lepiej. Jeszcze tylko reprymenda od dyżurnego ratownika i już byliśmy z powrotem w ciepłym schronie.

Zdjęć z drogi niestety tym razem brak. Ze zjazdów naturalnie też.