Tatry, grudzień 2008
1453
Czyli o tym jak skutecznie dostać po tyłku na 4-wyciągowej drodze;)
Zaczęło się od „niezbyt wczesnego” wyjścia ze schronu, na rozgrzewkowy wspin, na niewielkiej ścianie. A później już z górki: wchodzimy w ścianę po 12, mylę drogę na 1 wyciągu, o 15 zastaje nas zmrok, po 3 wyciągach drogi. W ciemnościach przechodzimy 3 dalsze wyciągi (to w sumie już więcej niż ma ta droga…), po czym dopada nas potężna dupówa, śnieżyca, wiatr i mróz. Wśród ciemności i sypiącego śniegu zapychamy się na dobre (w Warianty Słoweńskie?), a kilkanaście metrów ściany, dzielące nas od wierzchołka nie puszcza, więc pozostają już tylko zjazdy…
Właściwie to wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej…
***
„Tak, bedzie na 100%! Tam teraz busy jeżdżą co 5 minut.” – pożegnał mnie z uśmiechem kierowca Szwagropola i odjechał w stronę Krakowa. Na dworcu zrobiło się pusto.
***
Stoję nocą, w deszczu przed budynkiem zakopiańskiego dworca. Już tylko dwaj ostatni kierowcy dzielnie pozostali na straży swych busów, tak jak niegdyś na halach czuwali przy owieczkach. Szepcząc coś do siebie, raz po raz ukradkiem spoglądają z niepokojem w moją stronę by następnie szybko się odwrócić i nerwowo zaciągnąć papierosem. Na swoich pojazdach wywiesili tabliczki „Nigdzie nie jadę”, z dopisanym drobnym drukiem: „Płatne z góry”. Pani z informacji dworcowej oddawała się lekturze ulubionego kryminału, a na wypadek ewentualnej wizyty interesantów okienko zasłoniła kartką z napisem „Nie wiem”. Ochroniarz zaczaił się przy drzwiach. Chodził w tę i z powrotem, patrząc w sufit i pogwizdując pod nosem. Czekał na odpowiedni moment. Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz, zręcznym ruchem zamknął drzwi na klucz i ustawił się tyłem do wszystkich okien jednocześnie. Bezdomni utknęli wewnątrz.
Jeszcze przed chwilą kilkanaście par zdumionych oczu obserwowało jak miotam się pomiędzy stojącymi dookoła pojazdami, gorączkowo dopadając ich kierowców. A łączyło ich wszystkich jedno – na pytanie o Palenicę popadali w głęboką zadumę, by po chwili zrobić bezradną minę i wykrztusić z siebie coś na kształt „Nie… Nie wiem… Nie znam. Może ktoś… Ale nie. Raczej nie.”. Po czym włączali silnik i odjeżdżali. Również Ci, którzy jeszcze chwilę wcześniej zdawali się nie mieć takiego zamiaru. Najwyraźniej nikt nie chciał być świadkiem tej żałosnej sceny. A jednak opatrzność postanowiła zesłać Marka.
Marek mknął samochodem gdzieś między Bukowiną a Łysą Polaną, w tym samym czasie, gdy ja w głowie układałem kolejny desperacki plan. Plan C.
Pytanie, które sobie zadawałem brzmiało: „którędy do Moka?”. Latem przez Halę, Zawrat i Świstówkę. Zimą to nie bardzo. Szosą… Łysa Polana 20, Palenica 2, Moko 9… Jakieś 30 km. Deszcz, ciężki plecak… 5, może 6 na godzinę… 5 – 6 godzin. 3-cia w nocy… Dzwoni Marek.
***
Ruszamy nocą w górę, dobrze nam znaną drogą. Z nieba pada błoto. Im wyżej tym bardziej zaczyna przypominać śnieg, ale jednocześnie dookoła coraz mniej widać. Czas się wlecze, my też. Wszystko przemoczone. Usilnie próbuję się zahibernować. Nikt nic nie mówi, bo wszyscy obawiają się, że było by to coś w stylu „Pieprzyć te góry, wracamy”.
Gdzie ta przeklęta „wanta”? „Wanta” jest bardzo ważna, bo to połowa drogi. Dzięki niej wiesz nie tylko to, że przeszedłeś już w cholerę, ale też to, że jeszcze w cholerę Ci zostało. Ale my idziemy bóg wie ile i najwyraźniej nic nie uszliśmy. Dość tego. Zarządzamy postój, a ja idę na zwiady, aby upewnić się, czy przypadkiem nie jesteśmy już gdzieś na Rysach. Robię więc dwa kroki w bok od drogi, i niespodzianie wpadam na drogowskaz. „Palenica 1:50”. Tak oto powróciliśmy do czasoprzestrzeni.
***
Północ. W Wozowni kompletnie głucho. Nie chcąc nikogo budzić, nie zastanawiamy się długo, i wskakujemy w śpiworki na drewnianych ławach w kuchni. Właśnie wtedy, dokładnie pod moim legowiskiem, nocną zmianę rozpoczęła mysz. A nie była to pierwsza lepsza mysz, ale mysz wyposażona w metalową miskę. Mysz dysponująca miską mogłaby spokojnie stawać w szranki przeciw niedźwiedziowi dysponującemu zestawem garnków, gdyby punkty przyznawano za decybele. Gdy wreszcie mysz poszła spać, powstali taternicy.
Ktoś szarpie mnie za ramię.
– Chłopaki! To wy przyszliście w nocy? Czemu nie poszliście na górę? Idźcie, pośpijcie jeszcze trochę.
Ale jak tu spać, skoro już 7 i czas iść się wspinać?
Zgodnie postanawiamy, że po wieczornym podejściu nie idziemy dziś na nic długiego, a już na pewno nie trudnego. Krótka, łatwa droga – migiem przebiegniemy, wracamy wcześnie, solidnie się wyśpimy i jutro idziemy na prawdziwe wspinanie!
– To co, Wesołej Zabawy?
***
Jak przystało na profesjonalistów, wychodzimy niespiesznie – tak koło 10. Około 12 stajemy pod Mnichowym Progiem. Jeszcze tylko się szpeimy i już o 13 prowadzę pierwszy wyciąg. U mego pasa, na błyszczącym karabinku dumnie powiewa nowiutki friend, rozmiar 4 – mgliste wspomnienie moich studenckich oszczędności. Fart, że zdążyłem go kupić w ostatniej chwili przed wyjazdem. Wspinam się więc wesoło, aż tu w pewnym momencie zrobiło się jakoś podejrzanie trudno, a to przecież tylko IV+. Po zaciętej walce, nieco zdyszany doszedłem wreszcie do haka, który zaopatrzony był w karabinek. Nie mogłem sobie przypomnieć, ale byłem pewien, że z czymś mi się to kojarzy…
Doszedł do mnie Marek.
– Nie złapałem go – zakomunikował.
– Co?
W mojej głowie nastąpiła seria chaotycznych zderzeń neuronów – kogo u licha miał łapać Marek?
– Nie dałem rady go złapać – powtórzył obojętnie, rozglądając się dookoła – Kurczę, jakoś tu trudno…
Marek najwyraźniej wreszcie dostrzegł moją konsternację, bo spojrzał na mnie współczującym wzrokiem.
– Twój friend. Przeleciał tuż obok, ale nie mogłem go złapać. Poleciał dalej i wpadł w jakąś zaspę pod ścianą. No, chyba widziałeś, że Ci wypadł?
Friend po wieki pozostał dziewicą.
***
Marek rusza dalej do góry, ale nie za daleko. Sapie i dyszy, ale dalej ni w kij nie puszcza. Trwało to może z pół godziny, gdy wreszcie do głowy przyszło nam to, co nieprawdopodobne. Źle poszliśmy…? My?!
– Aaaaa, tam dołeeem…
W jednej chwili w mojej głowie wszystko się poukładało.
– A wiesz, to może dlatego tu był karabinek, przy tym haku…
Zjeżdżamy dosłownie kilka metrów i zakładamy stan w prawidłowym miejscu. Jest 14, więc do zmierzchu mamy jeszcze całą godzinę. Nie ma obaw – jak dla nas to aż nadto.
***
Ciemną nocą wspinamy się w świetle czołówek. Daleko za nami, w dole, niemrawo migocze światełko schroniskowej latarni – obietnica wieczornego piwa.
W międzyczasie zrywa się wiatr i zaczyna sypać śnieg.
– Kurde, nic nie widać… – stwierdzam nostalgicznie.
– Masz topo? – Marek zdaje się być ostatnim z nas, który zachował jeszcze resztki zdrowego rozsądku.
– Wiesz, na mój gust to trzeba iść tak… Do góry – mimo wszystko głupota zwykle zwycięża.
– A może by zjechać…?
– Eee… Już prawie jesteśmy… Teraz to już łatwo.
Przebiegam szybko kolejny wyciąg bez żadnego przelotu, ale teren łatwy, wszystko się zgadza, jest nawet jakiś stan z haka i pętli.
Marek zdaje się być nieco zdegustowany sytuacją. Najwyraźniej do niego już dotarło, że kompromitacja jest nieuchronna.
– Poprowadzisz jeszcze ten?
– No jasne!
Biegnę więc dalej wesoło, znów bez przelotów, ale gęba aż się śmieje, bo do szczytu blisko, a później to już tylko w dół, na herbatkę. Chociaż patrzę w górę i jakiś duży czarny cień nade mną, jakby tam był jeszcze kawał ściany… Pewnie takie złudzenie optyczne.
Niespodziewanie staję pod gładką pionową płytą, wysoką na kilka metrów. Moja zdumiona twarz wykrzywia się w grymasie niesmaku z nutką bezmyślności. Lecz wtedy, w nagłym przypływie desperacji, z moich płuc wyrywa się dramatyczne „Nie!!!”, rzucam się na skałę – biję, szarpię, okładam czekanami, kopię rakami, ale nade wszystko obrzucam ją obraźliwymi epitetami, aż w końcu ulega. Mimo, że dziaby puszczają, a raki się ślizgają to za każdym razem w locie zdążam wykonać tak przedziwne akrobacje, że nie powstydziłby się ich sam Tony Hawk. I o dziwo nie spadam. Z pogruchotaną psychiką, odarty z godności, resztkami sił wygrzebuję się z trudności. Doczołguję się jeszcze kawałek w górę i widząc ponad sobą, niczym objawienie, dwa nagie haki, postanawiam: „Tam!”.
***
Wybieram linę i gapię się bezmyślnie przed siebie, choć absolutnie nic tam nie widać. Śnieg sypie już solidnie, a wiatr dmie nie gorzej. Marek trochę walczy, szarpie liną, aż w końcu dochodzi do mnie.
– Ale tam przeszedłeś… – zauważa z uznaniem.
Poczułem się doceniony i chciałem powiedzieć „dziękuję”, ale chyba wyszło coś w stylu:
– Ty prowadzisz.
Zapewne słysząc w moim głosie wyraźną rezygnację, Marek nawet nie protestuje pomimo, że nasze położenie ewidentnie stało się beznadziejne i absolutnie nie rokowało na wyjście z tego z twarzą.
Marek próbuje to tu, to tam, ale po dłuższym czasie jakoś nadal stoi w tym samym miejscu…
– To już miał być łatwy teren I-II do końca… – zauważam w zamyśleniu, prawdopodobnie nikomu nie dodając tym animuszu.
– Zjeżdżamy…?
Była 19, czyli od 4 godzin noc.
***
Pierwsze 2 zjazdy poszły nawet szybko. Śnieg sypał na tyle gęsto, że rzadko kiedy mogliśmy nawzajem dojrzeć w oddali światła swoich czołówek, nie wspominając nawet o jakiejkolwiek komunikacji werbalnej. Wiatr dął ze wszystkich stron, mróz trzaskał, a twardy śnieg smagał boleśnie po twarzy i wciskał się za kołnierz. Śnieg padał głównie do góry, niesiony porywistym wiatrem, po czym spadał w dół w postaci bezustannych pyłówek, które to mają niezwykłą umiejętność dostawania się pod każde ubranie, a także w najodleglejsze zakamarki ciała, w które sam byś się w życiu nie zapuścił. Przemoczone ubranie zamarzało na ciele, lina stawała się coraz sztywniejsza i z coraz większym trudem dawała się ściągać po zjazdach, a zgrabiałe ręce coraz rozpaczliwiej i bardziej nieudolnie próbowały wcisnąć ją do przyrządu.
Kolejne zjazdy musieliśmy wykonywać pod kątem i pech chciał, że za którymś razem, Marek, zjechawszy jako pierwszy, w ogólnym chaosie zapomniał przywiązać koniec liny do stanu. W efekcie, gdy zjeżdżałem w ślad za Markiem i gdy już byłem w ogródku, tuż nad stanowiskiem niespodziewanie szarpnęło mnie w bok i udałem się hen ku południu, w długim wahadle, nieoczekiwanie zostając zupełnie sam. Jak wiemy, spadający człowiek, w jednej sekundzie powinien zobaczyć, niczym film, całe swoje życie, a niejednokrotnie również odnaleźć w nim wcześniej nieodkrytą, nieoczywistą, egzystencjalną puentę. Do dziś nie jestem pewien czy to właśnie to mi się przytrafiło, ale gdy tak sobie leciałem, nagle, gdzieś spod mojego kasku rozległo się donośne i przeciągłe: „Kurrrwa!!!”.
Jako że lina zaklinowała się gdzieś powyżej, nie bardzo mogłem dostać się z powrotem do Marka. Dodatkowym problemem okazało się też to, że Marek był nie tylko u góry, ale również z boku, a więc, gdy próbowałem przemieścić się w jego stronę, lina uporczywie ciągnęła mnie w przeciwnym kierunku. Wkrótce też, zgodnie z wszelkimi prawami Murphy’ego, okazało się, że nie mam przy sobie pętli prusika, którą to zawsze mam przy sobie. Nie jestem w stanie przytoczyć większości słów, które wówczas wypowiadałem we wszystkich językach świata, a także wolałbym nie musieć przytaczać wszystkich kompromitujących sposobów, których próbowałem aby przedostać się w górę. Grunt, że po wielu żałosnych wysiłkach, jakimś cudem udało mi się wreszcie wspiąć z powrotem do stanowiska. Marek ruszył w kolejny zjazd, a ja stałem tam – opuszczony przez bogów i ludzi, z bezmyślnym wyrazem twarzy i absolutną pustką w głowie.
***
– To już dóóóół!!! – niewyraźnie dobiegło mnie z dołu.
Jako że było to absolutnie nieprawdopodobne i stanowczo nazbyt piękne, że na dole jest dół, musiałem potwierdzić tą wspaniałą wiadomość. Przez zaciśnięte zęby wyrzuciłem z siebie szereg niewyraźnych stęknięć, a jako że w odpowiedzi, z dołu dobiegło mnie kilka nie bardzo zrozumiałych słów, kompletnie zagłuszonych przez dmiący wiatr, toteż uradowany szybko wpiąłem przyrząd zjazdowy i śmignąłem w dół, ku ocaleniu.
Zejście spod ściany, przez zaspy, których jeszcze ostatnio tu nie było, to już miód i orzeszki, zatem jeszcze przed północą meldujemy się w Wozowni, uprzednio zostając zruganym przez zaniepokojone głosy w słuchawce. Jak nigdy dotąd byliśmy wtedy niczym dwa bałwany. Nie sądziłem, że człowiek może składać się w tak dużym stopniu ze śniegu.
Następnego dnia mieliśmy szczere chęci pójść się wspinać, jednak o dziwo okazało się, że jest o metr więcej śniegu niż poprzednio. Około 11, zakopani powyżej pasa w zaspach, w połowie drogi pod ścianę, zrezygnowaliśmy z powtarzania historii dnia poprzedniego i dokopawszy się z powrotem do schroniska, udaliśmy się do dyżurki, pełni nadziei na pomyślne wieści.
– Jest szansa na warun jutro? – pytamy nieśmiało.
Nastaje chwila nerwowego wyczekiwania, aż wreszcie pada ta upragniona odpowiedź:
– Nie – odpowiada krótko Dyżurny, a my jesteśmy mu bezgranicznie wdzięczni, za tą fantastyczną wiadomość. Wreszcie możemy wracać do domu.
Zdjęcia w większości autorstwa Marka Giby