Mumbai
1380
Mumbai w dużym skrócie. Mumbajskie znajomości i impreza w slumsach.
***
Mumbai pachnie wszystkimi kolorami tęczy. Do tego brzmi wszystkimi możliwymi dźwiękami i błyszczy wszelkimi barwami. Natłok bodźców może momentami przytłoczyć, a ludzie, których na powierzchni mniejszej niż Warszawa jest tyle co połowa populacji całej Polski, potrafią zmęczyć. Ale co by nie powiedzieć, ma w sobie coś fascynującego.
Jedną z wielu rzeczy, która uderza w Bombaju są kontrasty. Choćby te ludzkie. Z jednej strony tysiące ludzi śpiących co noc na ulicach pomiędzy biegającymi szczurami i niekończące się slumsy, w których żyją grube miliony ludzi, zalewające każdy wolny skrawek przestrzeni w mieście. Z drugiej strony bogacze, w eleganckich ciuchach, grający w krykieta na idealnie zadbanym (i szczelnie ogrodzonym) polu, mieszkający w pilnie strzeżonych pałacach, odgrodzonych od reszty miasta wysokimi murami, z pełną służbą (w raczej archaicznym znaczeniu tego słowa). Mumbai można by opisywać długo, ale ja nie o tym.
***
Pierwszej nocy, trochę przypadkiem, zasiedliśmy we czwórkę (z Pawłem, Kubą i Karoliną) w Gokulu. To kultowe miejsce, a żeby się o tym przekonać wystarczy zapytać o nie jakiegokolwiek młodego Hindusa na Colabie. Wieczór tak się jakoś potoczył, że niedługo później wylądowaliśmy na domówce w nadbrzeżnych pół-slumsach, wraz z zaspanym Gospodarzem, jego bratem Kucharzem, Buddystą i Dżentelmenem. Zabawa trwała w najlepsze, gdy wreszcie uświadomiliśmy sobie, że Dżentelmen 2 godziny temu wyszedł po piwo zabierając wspólną kasę i najwyraźniej zgubił drogę powrotną. My tymczasem toczyliśmy filozoficzne dyskusje z Buddystą, który w międzyczasie telefonicznie próbował namówić Dżentelmena do powrotu. Po dobrej godzinie lub dwóch tamten wreszcie skapitulował i zjawił się z powrotem, a nawet o dziwo miał ze sobą obiecane piwo. Sytuacja najwyraźniej jednak poróżniła naszych Hinduskich kompanów, a na domiar złego, wskutek paru godzin o suchym pysku wszyscy byli nieco zniecierpliwieni. Krótko mówiąc, impreza zdechła. Jednocześnie atmosfera wśród gospodarzy zaczęła się dziwnie zagęszczać. Twarze stały się napięte, Gospodarz gdzieś się wymknął, a Kucharz z Dżentelmenem konspiracyjnie acz nerwowo coś omawiali, wymownie przy tym gestykulując. Buddysta z początku zdawał się protestować przeciw temu co mówili, aż wreszcie, wykorzystując chwilę nieuwagi pozostałych, przysunął się w naszą stronę i nerwowo wyszeptał: „lepiej już idźcie”… Tak też uczyniliśmy.
***
Następnego dnia, po bezskutecznych próbach zakupu biletów kolejowych, popołudnie spędzamy zawierając nowe znajomości na Marine Drive, a wieczorem ponownie lądujemy w Gokulu, tym razem w piątkę, z nowo poznanym Kritikiem, uczniem Bollywoodzkiej szkoły filmowej. Z jego pomocą, następnego dnia z samego rana wreszcie dostajemy z Pawłem bilety do Jaipuru, wręczając w tym celu kilka łapówek. Bagaże zawozimy na dworzec leżący pośrodku bezkresnych slumsów i zostawiamy w przechowalni, gdzie pod naszą nieobecność szczury wcinają mój plecak wraz z zawartością. My w tym czasie objeżdżamy taksówkami, tuk-tukami i samochodem kolegi Kritika niemal cały Mumbai dookoła. Podziwiamy pełen przekrój Bombajskich krajobrazów.
Wreszcie, już nocą, we dwóch z Pawłem jedziemy na dworzec. Taksówkarz wysadza nas w ciemnym zaułku, między kozą a świnią, pośrodku przygnębiających slumsów w okolicach dworca. Skoro on nie jest skłonny jechać dalej, to tym bardziej szkoda, że będziemy musieli iść tędy piechotą. Na odchodnego daje nam jeszcze dobrą radę, że jak będziemy się trzymać torów, to nie powinniśmy zbłądzić. Nieco spięci docieramy do celu, a poza ziejącą z mojego plecaka dziurą po szczurze, wszystko zdaje się być na miejscu.
Do Mumbaju wracaliśmy później jeszcze dwa razy, za każdym razem poznając coraz to nowe oblicza miasta.