Alpy 2008

1128

Dwie próby na Dent du Geant. Pierwsza nieudana, ze względu na pogodę. 2 dni później jednodniowe wejście.

***

Dźwięk budzika spada na mnie jak wybawienie. Noc jest bezchmurna, bardzo mroźna i nieco wietrzna. Zmarzłem. Od kilku godzin właściwie nie spałem, dygocząc i próbując się zagrzebać jak najgłębiej w grubym polarze i cienkim śpiworze. Wstaję szybko i otwieram namiot. Na niebie błyszczą miliony gwiazd, góry dookoła wyglądają jak ledwo widoczne cienie na tle czarnego nieba. Pogoda jest dobra. Palnik rozgrzewa nieco wnętrze namiotu, ale dopiero ciepła herbata ostatecznie powstrzymuje drgawki.

Wczoraj podeszliśmy na Col de Rochefort, gdzie rozbiliśmy nasz namiot, później zrobiliśmy rekonesans do siodła nad kuluarem i wróciliśmy do obozu.
Zachód na Przełęczy Marzeń… Pod płonącą w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca igłą Geant.

***

Wstajemy o 3 i zgodnie z planem o 4 ruszamy w górę lodowca. Ciemność nocy zaczyna blednąć, gdy pokonujemy kuluar, a świt zastaje nas na siodle. Przed nami strome do 45 stopni zbocze pokryte w wielu miejscach luźnym skalnym gruzem. Ma około 200 metrów i nieprzyzwoicie się sypie. Wraz z wysokością wiatr przybiera na sile.

Gdy docieramy na grań, wiatr jest już tak porywisty, że kilkakrotnie rzuca nami o śnieg. Utrzymanie równowagi wymaga sporo wysiłku, a silniejsze podmuchy i tak nas przewracają. Dochodzimy do podstawy szczytowej turni. Tu zaczyna się wspinanie. Najpierw około 30m trawersu, potem 20m w górę i kolejne 30m pionowym kominem, wyprowadzającym na taras Mummery’ego, dalej 100 metrów gładką ścianą w pięknej ekspozycji, trawers i kolejnymi dwoma kominami na przedwierzchołek, z którego wąską i niezwykle powietrzną granią, a następnie 10m ścianką na główny wierzchołek. Tego dnia wycofujemy się jednak już z pierwszego wyciągu. Po kilku minutach kontaktu z zimną skałą, mimo rękawiczek tracę czucie w palcach, a wiatr momentami utrudnia oddychanie. To nie pogoda na wspinanie.

***

Schodzimy 200 metrowym piarżystym zboczem. Z dołu, od Courmayeur nadlatuje helikopter. Jakiś Niemiec dostał kamieniami w dolnej części ściany. Po chwili Niemiec odlatuje, powiewając pod śmigłem na długiej linie. Reszta jego zespołu się wycofuje.

***

– Rocks! – Drę się w dół do schodzących Niemców. Nie słyszą. – ROOOCKS!!! – wreszcie osłaniają się przed pędzącymi kuluarem kamieniami.

Dochodzimy do podstawy kuluaru. 5 metrów nade mną Tat ostrożnie trawersuje wzdłuż szczeliny brzeżnej. Z góry leci kamienna lawinka – kamienie omijają nas w bezpiecznej odległości.
– Dobrze, że nie w nas – mówi z uśmiechem, odwracając się tyłem do zbocza, a ja z przerażeniem patrzę w górę.
– Uważaj… Uważaj! UCIEKAJ!!!
Nie oglądając się, rzuca się przed siebie, potem hamuje upadek czekanem. Solidny, kilkudziesięciokilowy kamień przelatuje metr za nim, na wysokości głowy.
Spadamy stąd.

***

Nasz namiot wygląda jakby go ktoś pobił. Wiatr go nie oszczędzał. Pozrywał część odciągów. Składamy rzeczy i ruszamy w dół lodowcem. Im niżej tym cieplej i aż ciężko uwierzyć, że w górze może tak niemiłosiernie wiać…

***

Szybka jednodniowa akcja? Czemu nie. W końcu jesteśmy nieźle zaaklimatyzowani. O 8 ruszamy lodowcem, w kierunku Geant. O 10 jesteśmy na siodle, o 12 na grani, u podstawy turni.
Pierwszy wyciąg idzie mi jak krew z nosa. Drugi, bardzo krótki, to tylko trawers do podstawy 30-metrowego komina. Wyciąg kominem jest całkiem ładny, ponadto, nieco z przymusu, jest pokazem inwencji w zakładaniu asekuracji z pętli. I jak to zwykle bywa, gdy tylko zrobiło się tak miło, najwyraźniej trochę się zapędziłem.
„Chyba dało się to zrobić lepiej” pomyślałem, gdy 10 metrów nad słabym przelotem (oczywiście z pętli), zaklinowany między dwiema, raczej gładkimi ścianami (a przynajmniej wtedy tak to widziałem), tracąc czucie w jednej ręce od kontaktu z zimną skałą, drugą szukałem jakiegoś solidnego chwytu. Nogi, obute w ciężkie skórzaki, telegrafowały na umiarkowanie komfortowych stopniach. A może jednak trzeba było zabrać wspinaczkowe kleterki… Nie pamiętam jak wygrzebałem się w końcu na taras. Pamiętam natomiast widok kilku dobrych chwytów na lewo, poza zasięgiem ręki i towarzyszące temu drażniące uczucie podobne do tego, gdy wbiegasz na dworzec i widzisz jak Twój pociąg odjeżdża właśnie z peronu. A wystarczyło parę metrów niżej pójść odrobinę bardziej w lewo. Pamiętam też to kojące uczucie, gdy wreszcie jedną ręką złapałem krawędź tarasu.
Place Mummery – z tego miejsca ściana wygląda przejmująco. Gdyby tylko skończyć z mało estetycznym zwyczajem pozostawiania w ścianach stałych lin poręczowych… Dookoła zbierają się chmury. Zakrywają wszystkie wysokie wierzchołki dookoła. Zaczyna prószyć śnieg. W wietrze i śniegu prowadzę wyciąg przez przepiękne płyty Burgenera. Pod nogami setki metrów powietrza. Nad głową jakby sięgająca nieba, zwężająca się wraz z wysokością ściana, z każdym metrem coraz bardziej stająca dęba. Wspinanie w takiej scenerii to czysta rozkosz, nawet pomimo nie najlepszych warunków. Dalej kolejne wyciągi: rysy, płyty, później kilka metrów niemal gładkiej ściany, trawers wzdłuż odpękniętej płyty, komin. A wszystko we wspaniałym, litym granicie. Teraz czuć już, że zbliżamy się do szczytu iglicy, bo ściana ma już może ze 3 metry szerokości. Za kolejnym kominem widać już przedwierzchołek – Pointe Sella. Omijamy go jednak tuż poniżej powietrznym trawersem, a za nim schodzimy na równie powietrzną grań. Na lewo 2000 metrów w dół – Mer de Glace; na prawo, 3000 metrów pod stopami – Courmayeur. Grań ma zaledwie ok 20 metrów długości, za to szerokości nie ma w ogóle, bo skały sterczą w górę tak ostre, że wspinamy się poniżej ostrza w jednej lub drugiej ekspozycji. „Piekielna ekspozycja” napisał Richard Goedeke – trzeba przyznać, że to nawet trafne. Niewysoka, ale niezmiennie eksponowana ściana głównego wierzchołka to ostatnia przeszkoda. Na szczycie siedzimy w blasku zachodzącego nad masywem Mont Blanc słońca, a niebo znów jest bezchmurne. Jest tak pięknie, że chciałoby się stąd nie ruszać.

***

Zejście, później kilka zjazdów. Sceneria jest urzekająca. Ostatnie promienie słońca dają jeszcze sporo ciepła. Suniemy w dół w kolejnych zjazdach, w pustkę pod nami, w fantastycznym otoczeniu, z radością i satysfakcją pięknej wspinaczki. I choć żaden to wyczyn – dała nam ona kupę radości.
Zachód słońca nad Aiguille du Midi, niezwykła gra chmur i światła nad Mont Blanc, błękitny lodowiec Geant daleko w dole, a nad nami błyszcząca w ostatnich promieniach słońca, złota, granitowa ściana, którą opuszczamy, zwieńczona gdzieś daleko w górze, pomyślałbyś, że w niebie niewidocznym już wierzchołkiem… Obrazy ze snów alpinisty. W takich chwilach, balansując pomiędzy ziemią a niebem, czuję jakbym był gdzieś poza światem, bliżej nieba niż ziemi, bliżej czerwonego słońca, chowającego się za granią niż świateł migoczących w dolinie. To, że żyjesz w chmurach, że podnosząc ręce dotykasz nieba jest wielkim przywilejem alpinistów.
Ale dość tego patosu. Kto tego nie zaznał, nigdy się nie dowie.

***

Zmrok zastaje nas jeszcze w ścianie. Ostatni zjazd, zakładamy raki, chwytamy czekany i jeszcze w szarówce dochodzimy do piarżystych zboczy pod Granią Rochefort. Tam zastają nas ciemności. Zejście nocą tym terenem to prawdziwa męka.
Ostrożnie, z lotną asekuracją kluczymy między luźnymi blokami, po skalnych progach i stromych lodowych polach. Co jakiś czas rozlega się łoskot kamiennej lawiny.
Zsuwamy się kolejnym skalnym progiem, przechodzimy pod przewieszonym głazem i stajemy na małej, wąskiej półce. Z tyłu jakaś ścianka wywiesza się nad nasze głowy, z przodu, pod nogami obrywa się pionowo, a światło czołówki niknie w czarnej pustce. To tak nie wyglądało…
Tat optuje za kiblowaniem tu do świtu, ja sugeruję spróbowanie zjazdów. Po dłuższej dyskusji pada na zjazdy. Mamy szczęście – 20 metrowy zjazd przenosi nas w stosunkowo nietrudny teren, którym w 10 minut dochodzimy na siodło. Zejście piargami zajęło nam 3 godziny. Jest północ. Nie zatrzymujemy się, chociaż bardzo byśmy chcieli. Ruszamy w dół, mozolnie, stromym kuluarem. Dopiero poniżej szczeliny brzeżnej przystajemy, posilamy się energetycznymi batonami i łapczywie pijemy wyjętą z plecaka, lodowatą wodę. Jest 1:00. Dalsza droga to już łatwe dreptanie po lodowcu. Mozolna, ale bezproblemowa, nie wymagająca już takiego skupienia. Dopiero teraz zaczynam czuć jak bardzo jestem senny. Z drogi w dół pamiętam tylko wyrywki: lodowiec przesuwający się pomału pod stopami, śnieg skrzypiący pod rakami, skrzący w świetle czołówki, świst łagodnego wiatru przelatującego po lodowcu, czasem szarpnięcie liną, gdy nie zauważyłem, że Tat przystanął… Zasypiam. Za którymś razem kończy się to tym, że dostaję po głowie lodowcem. Budzi mnie dopiero uderzenie twarzą o śnieg. Nie jestem pewien co się stało – śniło mi się coś dziwnego. Właściwie nie wiem gdzie dokładnie jestem, ile już przeszliśmy, czy długo spałem, jak daleko jeszcze do końca lodowca, czasem nie jestem nawet pewien czy idziemy w górę czy w dół. Taki stan półświadomości. Nie pamiętam wiele z tego fragmentu drogi – większość przespałem.