Alpy 2007

1016

Matterhorn (4478m) – rekonesans na pd-zach grani Leone (AD+)
Liskamm (4527m), wsch. grań (AD)

Lato 2007 w Alpach…
było bardzo pochmurne… Przynajmniej przełom lipca i sierpnia. W trakcie naszego pobytu trafił się jeden dzień naprawdę ładnej pogody. Był jeszcze jeden kiedy świeciło słońce, ale za to wiał silny, mroźny wiatr. Cóż, plany jak zwykle były piękne, ale jak to w górach bywa – karty rozdaje pogoda.
Kiedy wycofaliśmy się z okolic Colle del Leone na południowo-zachodniej grani Matterhornu, dochodząc do wniosku, że jeden dzień pogody to za mało, byliśmy ciągle dość optymistyczni. Wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, że właśnie wykorzystaliśmy jedyny pogodny dzień naszego pobytu w Alpach… Nie chcieliśmy spędzać przewidywanego załamania pogody na grani, szczególnie, że nie było wiadomo, czy pogoda w ogóle pozwoli zaatakować szczyt. Woleliśmy przenieść się gdzie indziej, a w razie poprawy warunków wrócić pod Monte Cervino. Cóż, nasze nadzieje okazały się płonne. Następnego dnia znaliśmy już prognozy na cały następny tydzień. W sobotę jeden dzień słońca, później deszcz, burze, śnieg, chmury… Do końca kolejnego tygodnia. Był czwartek. Klęska. Nie udało nam się zrealizować żadnego z naszych pierwotnych zamierzeń.

Jeden dzień okna pozwolił nam stanąć w silnym wietrze na wierzchołku wschodniego Liskamma. Jednak o północnej ścianie, którą mieliśmy w planach musieliśmy zapomnieć. Udało się jedynie przeprowadzić szybką akcję wschodnią granią. Rozpoczęliśmy ją w piątek po południu, w złej pogodzie docierając wieczorem, ciągle we mgle, do rifugio na 3647. Pogoda nie pozwoliła na wyjście w nocy. Dopiero koło 6 rano, wraz ze wschodem słońca, wiatr ucichł. Wyszliśmy dopiero po 7. Po 13 zdobyliśmy Liskamm Wschodni (4527m) w wietrze wzmagającym się z minuty na minutę, utrudniającym później zejście eksponowaną granią i skutecznie wysysającym z nas energię. Po zejściu z lodowca i krótkim odpoczynku ruszamy dalej w dół, do doliny. Tymczasem góry już w chmurach… Załamanie już nadeszło. Dobrze po północy, padnięci, meldujemy się na dole. Po 20 godzinach i pokonaniu 1000 metrów deniwelacji w górę, i 3500 metrów w dół… Pogoda nie dała szans na więcej. Tyle ile dostaliśmy – wykorzystaliśmy jak umieliśmy. Zostaje wracać do domu… Z pewnym żalem. Może następne lato będzie ładniejsze.