Alpy 2006
1361
Mont Blanc (4810 m.n.p.m.) drogą Włoską, z przygodami.
Pogoda od początku była dość nieprzewidywalna. Jeszcze przed wyjazdem z Polski prognozy zmieniały się z dnia na dzień. Zresztą właśnie ze względu na nagłą zmianę w prognozach, w ostatniej chwili decydujemy się na wcześniejszy wyjazd. Dwa dni później wyruszamy z Courmayeur w górę doliny Val Veny.
***
Podchodzimy przez lodowiec Miage. Chociaż prognozy na ten dzień są dobre i miało być słonecznie, już koło południa zaczyna się chmurzyć. Gdy po przejściu lodowca wspinamy się przez skały Grisses, w stronę schronu Gonella, zaczyna kropić, a do schronu dochodzimy już w strugach deszczu… Przez następne dni pogoda jest beznadziejna i nie widać szans na poprawę i wyjście szczytowe.
Wreszcie pojawia się jakaś nadzieja na odmianę: w środę po południu pogoda się poprawi, co potrwa do czwartkowego popołudnia. W środę w takim układzie nie wyjdziemy, bo w środku dnia, w dodatku po opadzie deszczu poruszanie się po lodowcu nie byłoby bezpieczne, za to być może w czwartek uda się przeprowadzić szybką akcję.
***
Budzimy się w środę o 4. Nad nami czyste niebo. Bezwietrznie. Warunki idealne, a przecież miało padać. Nie zastanawiamy się więc długo i zaczynamy się zbierać. Jako że nie byliśmy przygotowani na wyjście, dopiero po 7 ruszamy w górę lodowca Dome. Lodowiec w tym roku dość mocno spękany. Gorące lato sprawiło, że pootwierało się wiele szczelin. Mimo to droga nie przysparza trudności – gorzej z naszym tempem. Nie zaaklimatyzowaliśmy się zbyt dobrze, siedząc przez dziesiątki godzin bez ruchu w schronie, bez możliwości wyjścia wyżej. Dopiero o godzinie 12 osiągamy przełęcz w grani bocznej, Col des Aiguilles Grises, zaś o 13, po pokonaniu nietrudnej, dwójkowej, skalno-lodowej, grani, stajemy na grani głównej Bionassey. To oznacza, że poruszamy się naprawdę żółwim tempem. Jest późno, ale wierząc, że zgodnie z prognozami mamy dobę czasu, na pewno spokojnie zdążymy zejść przed końcem okna. Gdy docieramy na Col du Dome, gdzie nasza droga łączy się z nieco łatwiejszą drogą francuską, jest już 17. Wiemy jednak, że możemy bez problemu zejść przed północą do schronu Gouter po francuskiej stronie, lub z samego rana z powrotem na stronę włoską, do schronu Gonella. W obu przypadkach mamy wielogodzinny margines pod kątem prognozy. Dopiero po 19 stajemy na szczycie. Pod nami morze chmur, które jednak z czasem, coraz szybciej zaczynają się podnosić. Na szczycie nie spędzamy dużo czasu i szybko ruszamy w dół. Udaje się nam zejść na wysokość 4362m, gdzie po stronie francuskiej stoi słynny schron, który uratował już niejeden tyłek – Vallot. Dopadamy go tuż po zachodzie słońca, z zamiarem przeczekania kilku godzin i jeszcze przed wschodem rozpoczęcia zejścia na stronę włoską. Vallot w tym czasie był akurat rozebrany i składał się wyłącznie z niekompletnych ścian i dachu. Gdy tylko dostaliśmy się do środka, niespodziewanie uderzył silny podmuch wiatru. Zaraz później zaczął sypać śnieg i w krótkim czasie rozpętała się solidna zawieja. Z nadzieją wyjścia w ciągu kilku godzin przeczekaliśmy męczącą, zimną noc, w mrozie, śniegu i wietrze, które szalały także wewnątrz schronu, rozgrzewając się nieco palnikiem z resztką gazu.
***
Rano wydawało się, że dzień wstał wyjątkowo jasny. Z nadzieją wyjrzeliśmy na zewnątrz… Kompletny whiteout. Byłem pewien, że jeśli odszedłbym na kilkanaście metrów od schronu i obrócił się w miejscu dookoła nie trafiłbym z powrotem. Nawet nie przeszedł nam przez myśl tak głupi pomysł jak próba schodzenia w dół. Stało się jasne, że załamanie pogody przyszło o niemal dobę wcześniej niż zapowiadano. Co ciekawe, prognozy dalej utrzymywały, że nad Mont Blanc aktualnie świeci słońce… Póki co byliśmy więc skazani na czekanie. Po kilku godzinach, przez radio kontaktuje się francuska żandarmeria. Pytają czy potrzebujemy pomocy. Oczywiście nie, zresztą i tak w tej chwili nie byliby w stanie nam jej udzielić. Sugerują nie ruszać się z miejsca pod żadnym pozorem. Póki co mamy się dobrze. Dzień, choć mroźny jest dużo cieplejszy niż noc. Chcemy schodzić, gdy tylko choć trochę się przejaśni. Ale przed nami kolejna noc – znowu dość mroźna. Później następna. Pomału zaczynamy odczuwać delikatne odmrożenia. Ne zabraliśmy ze sobą żadnych ciepłych rzeczy ponad to co na sobie. Brak snu i jedzenia też robi swoje. Co tu dużo gadać, nie byliśmy gotowi na żadną formę biwaku – tym bardziej tak długiego. Gdy tylko na chwilę usiądziemy, zaraz telepią nami dreszcze. Więc wstajemy i chodzimy w kółko po schronie.. Dwa kroki w jedną, dwa kroki w drugą. Dzień nie przynosi ciepła, nawet słońca, ale przynosi nadzieję na poprawę. Po ok 50 godzinach nadal jesteśmy pewni, że będziemy schodzić, gdyby tylko pojawiło się przejaśnienie. Irytujące, że tracimy tu czas, zamiast realizować dalsze plany.
***
W sobotę późnym popołudniem przychodzi przejaśnienie. Tkwimy tu od środy. Pierwszy raz od ponad 70 godzin widzimy słońce i niebo. Pierwszy raz widzimy grań, a nawet szczyt Monte Bianco. Pierwszy raz nie wszystko jest białe! Jakaż to była radość.
Okazuje się jednak, że nie mamy wielkich szans wydostać się stąd na własnych nogach. W całym masywie, w ciągu 3 dób spadło od metra do nawet 3 metrów śniegu… Odzywa się radio. Nadają Francuzi – wysyłają helikopter. Mamy 10 minut na przygotowanie. O godzinie 19, po 3 dobach spędzonych w załamaniu pod szczytem, jesteśmy w Chamonix. Nie mamy przy sobie niczego poza przemoczonymi, cuchnącymi ubraniami i zbędnym już szpejem, nasz samochód stoi w innym kraju, po drugiej stronie Mont Blanc, nie mamy jedzenia i picia, jest noc, ostatnio spaliśmy 4 dni temu, wtedy też jedliśmy. Mimo to czuję jakąś dziwną beztroskę. Zakładamy plecaki i ruszamy pomału w górę, pustą drogą w kierunku tunelu Mont Blanc, nie do końca mając jakikolwiek plan.
***
Północ. Siedzę sam na ławeczce w opustoszałym włoskim Courmayeur i patrzę w stronę Mont Blanc. Nie ma gwiazd. Góry nie muszą być widoczne – ich obecność i tak się czuje. Godzinę temu byliśmy jeszcze we Francji. 5 godzin temu pod szczytem Mont Blanc.
***
W szpitalu w Chamonix do sali wchodzi lekarz. W ręce trzyma słuchawkę telefonu. Nikogo jeszcze nie zawiadamialiśmy, że jesteśmy na dole. Tym bardziej gdzie, po której stronie granicy, że w szpitalu, w którym, ani na jakim oddziale.
– Monsieur Wiśniewski? – pyta podając słuchawkę – Telefon z Polski.
***
Do Courmayeur z Chamonix można dostać się tylko na jeden sposób – samochodem. Przecież nie można iść pieszo przez 11 km tunelu. No ok, można jeszcze przejechać kolejką przez Aiguille du Midi i Punta Helbronner do La Palud. Ale nie w nocy. I nie przy złej pogodzie.
Pani „pogranicznik” słysząc obcy język cała się rozpromienia – właśnie uczy się angielskiego, jeszcze nie najlepiej jej idzie, ale to strasznie fajnie, że ma okazję poćwiczyć. Potrzebujemy dostać się do Courmayeur? Pani pokazuje, żebyśmy stanęli z boku i zaczekali. Znika, a za chwilę z budynku wychodzi trzech funkcjonariuszy z latarkami – zatrzymują, jak leci, wszystkie tiry, które przejeżdżają w kierunku tunelu. W drugim czy trzecim jedzie sam kierowca – a zatem są dwa wolne miejsca:) Funkcjonariusz kontrolujący kierowcę dyskretnie kiwa na nas głową.
***
Kierowca Tira, który wiezie nas przez tunel nie mówi w żadnym z języków które znamy. On mówi po francusku, wtrącając czasem jakieś słowo z niemieckiego, my z początku po angielsku, a z czasem przechodzimy na polski. Ani przez chwilę nie mamy problemu ze zrozumieniem się nawzajem. Śmiejemy się i zajadamy pysznymi ciasteczkami, które kazał nam rozpakować.
***
Północ. Siedzę na ławeczce w Courmayeur. Przed chwilą Tat ruszył w górę doliny Val Veny, po samochód stojący na końcu drogi – kilkanaście kilometrów stąd. Ledwo powłóczył nogami. Przy odrobinie szczęścia powinien być z powrotem za 4-5 godzin. Po 15 minutach podjeżdża. To trochę abstrakcyjne uczucie, ale w sumie nie jestem zdziwiony. Nic mnie już tej nocy nie zdziwi.